Gdy wstałam rano w weekend, na stole w kuchni zagościło nowe zwierzę. Okazało się, że Brunio zrobił z tatą krokodyla z kolorowego papieru. Ja nie mogłam być gorsza, więc dorobiłam jeszcze dwa zwierzątka, bazując na zaprzyjaźnionej książeczce. Dołączył do stada słoń i nosorożec. Cieszyły oko przez całą niedzielę i tyle. Potem przestały być dla Brunia interesujące. Tak to często z maluchami bywa. Nie tylko jeżeli chodzi o wycinanki i inne zadania plastyczne, ale też niestety zabawki. Cieszą Brunia bardzo krótko i wciąż dopomina się nowych. Gdybym ja w takim tempie kupowała sobie buty, mogłabym założyć już niezłych rozmiarów sklep.
Zwierzątka robi się bardzo prosto. Potrzebny jest papier kolorowy i dobre nożyczki.
Oto cała filozofia. Pracy mało, a domowe zoo bardzo fajne. Nosorożec wyszedł nam trochę dziwny, ale widziałam, że Brunio się tym nie przejął.
Na obiad zaserwowałam ulubione danie Poli, bo miała w tym dniu imieniny, mianowicie zupę tajską.
Wersja trochę okrojona, bo bez łososia, którego wszystkie moje dzieci solidarnie nie lubią. Ale tajskie zwierzę reprezentowały krewetki.
wtorek, 7 maja 2013
wtorek, 30 kwietnia 2013
Dmuchane potwory
Jedną z pierwszych zabaw plastycznych na tym blogu było rozdmuchiwanie farby. Pola i Brunio zabawę powtórzyli, ale nieco zmodyfikowaną.
Potwory są bardziej kolorowe i mają dorysowane oczy, zęby itp. Do tej zabawy potrzebne są farby, woda, pędzelek, rurki i jakiś cienki, czarny mazak bądź cienkopis. Widziałam, że Brunio wcale się nią nie znudził i pewnie jeszcze nieraz ją powtórzymy.
Potwory są bardziej kolorowe i mają dorysowane oczy, zęby itp. Do tej zabawy potrzebne są farby, woda, pędzelek, rurki i jakiś cienki, czarny mazak bądź cienkopis. Widziałam, że Brunio wcale się nią nie znudził i pewnie jeszcze nieraz ją powtórzymy.
Śniadanie Maksa
Ponieważ Maks uwziął się na mnie i chce jeść tylko niezdrowe rzeczy, musiałam znaleźć na niego jakiś sposób. Inaczej szybko trafiłby do szpitala na wszystkie możliwe choroby układu pokarmowego. A tak byliśmy tam tylko raz, co przy jego diecie uważam za sukces.
I tak, jeżeli krzyczy, że chce tosty, którymi obżera się w ogromnych ilościach, to ja produkuję je ze zdrowego pszennego chleba lub mojego własnego z ziarnami. Dodaję w miarę możliwości dobry żółty ser lub drobiową szynkę. Nigdy nie kupowałam paczkowanego chleba tostowego, bo śmiem przypuszczać, że to jeden wielki konserwant. Podobnie z hot-dogami. Muszę wynajdywać dobre bułki (a nie te z paczki) i dobre parówki, a każdy wie, że to nie lada sztuka.
Wiadomo, że byłoby najlepiej gdyby Maks w ogóle zmienił swoje kulinarne upodobania. Ale to mało prawdopodobne. Mam tylko nadzieję, że wcześniej czy później zacznie poszerzać swój jadłospis. Dobrze chociaż, że Brunio ma większą ciekawość jedzenia i smaku. To na pewno zdrowsze!
I tak, jeżeli krzyczy, że chce tosty, którymi obżera się w ogromnych ilościach, to ja produkuję je ze zdrowego pszennego chleba lub mojego własnego z ziarnami. Dodaję w miarę możliwości dobry żółty ser lub drobiową szynkę. Nigdy nie kupowałam paczkowanego chleba tostowego, bo śmiem przypuszczać, że to jeden wielki konserwant. Podobnie z hot-dogami. Muszę wynajdywać dobre bułki (a nie te z paczki) i dobre parówki, a każdy wie, że to nie lada sztuka.
Wiadomo, że byłoby najlepiej gdyby Maks w ogóle zmienił swoje kulinarne upodobania. Ale to mało prawdopodobne. Mam tylko nadzieję, że wcześniej czy później zacznie poszerzać swój jadłospis. Dobrze chociaż, że Brunio ma większą ciekawość jedzenia i smaku. To na pewno zdrowsze!
niedziela, 28 kwietnia 2013
Przepis 18 - chlebek bananowy
Bananowy chlebek Sophie Dahl:
- 4 bardzo dojrzałe banany
- 1 szklanka cukru trzcinowego
- 75 g masła
- 1 jajko
- 1 łyżka ekstraktu waniliowego
- 1 łyżeczka sody oczyszczonej
- szczypta soli
- 1 i pół szklanki mąki
W dużej misce rozgniatam banany. Ucieram z masłem, cukrem , jajkiem i ekstraktem z wanilii. Dodaję sodę i sól. Mieszam wszystko z mąką.
Przekładam masę do nasmarowanej masłem formy.
Wstawiam do pieca nagrzanego do 160 stopni z termoobiegiem na godzinę.
Odstawiam do ostygnięcia. Sophie zaleca, aby jeść chlebek posmarowany masłem, ale nam smakuje najbardziej saute'. Co najważniejsze jest wilgotny i świeży przez wiele dni.
- 4 bardzo dojrzałe banany
- 1 szklanka cukru trzcinowego
- 75 g masła
- 1 jajko
- 1 łyżka ekstraktu waniliowego
- 1 łyżeczka sody oczyszczonej
- szczypta soli
- 1 i pół szklanki mąki
W dużej misce rozgniatam banany. Ucieram z masłem, cukrem , jajkiem i ekstraktem z wanilii. Dodaję sodę i sól. Mieszam wszystko z mąką.
Przekładam masę do nasmarowanej masłem formy.
Wstawiam do pieca nagrzanego do 160 stopni z termoobiegiem na godzinę.
Odstawiam do ostygnięcia. Sophie zaleca, aby jeść chlebek posmarowany masłem, ale nam smakuje najbardziej saute'. Co najważniejsze jest wilgotny i świeży przez wiele dni.
Maska i banany
Nigdy po żadnym pozorem nie wyrzucajcie czarnych, starych bananów. Są podobno kraje w których jada się tylko takie banany. Ja dopiero od niedawna znalazłam na nie sposób.
Wcześniej z hukiem lądowały w koszu na śmieci. Teraz czekam, aby nabrały owej barwy, bo tylko z takich udaje się zrobić rewelacyjny chlebek bananowy. Przepis znalazłam w książce kucharskiej mojej ulubionej modelki Sophie Dahl. Ulubionej, bo bardzo ludzkiej, ze wszystkimi słabościami i wadami normalnego człowieka, a nie nabzdyczonych lal, jakich pełno w świecie mody.
W ogóle polecam jej książki kucharskie, bo zachwycają pięknymi, niekonwencjonalnymi zdjęciami i przepisami, z których mogę zrobić prawie wszystko. No może nie pokuszę się o lody różane i kwiaty cukinii, ale z resztą dam radę!
Chlebek bananowy jest właściwie ciastem i to o doskonałym, delikatnym smaku i lekko wilgotnej konsystencji. Mój mąż był pewien, że Brunio rzuci się na niego. Myślał, że w cieście jest uwielbiany przez Brunia miód. A tu okazało się, że miodu nie ma w nim ani kropli i Brunio kawałek zjadł, ale bez wielkiego entuzjazmu. Pola natomiast to ciasto uwielbia. Szkoda, że jak zwykle Maks się wyłamał i nawet nie spróbował. No, ale to ciężki przypadek i trzeba nad nim długo pracować.
W każdym razie ciasto idealne jako weekendowy deser i robi się je chwilę.
Czasami trzeba dać w plastyce dziecku wolną rękę. Mnie jest ciężko, bo cały czas mam ochotę Bruniowi pomagać i muszę walczyć ze sobą. Wiem, że Brunio samodzielnie nie zrobi jeszcze dzieła sztuki, ale wszystkie niedociągnięcia będą zrekompensowane jego dumą z samodzielności.
W dziecięcej gazetce był konkurs plastyczny na maskę dla jakiegoś tam "Hero factory" Lego. Konkursu na pewno nie wygramy, ale zabawa była przednia. Brunio narysował, wyciął i pokolorował maskę całkowicie sam. A to ważne, bo działanie plastyczne było długie i dosyć trudne dla pięciolatka. Efekt też go zadowolił, więc sukces podwójny!
Nie wiem co o tym pomyśleliby producenci Lego, ale mnie się podoba!
Wcześniej z hukiem lądowały w koszu na śmieci. Teraz czekam, aby nabrały owej barwy, bo tylko z takich udaje się zrobić rewelacyjny chlebek bananowy. Przepis znalazłam w książce kucharskiej mojej ulubionej modelki Sophie Dahl. Ulubionej, bo bardzo ludzkiej, ze wszystkimi słabościami i wadami normalnego człowieka, a nie nabzdyczonych lal, jakich pełno w świecie mody.
W ogóle polecam jej książki kucharskie, bo zachwycają pięknymi, niekonwencjonalnymi zdjęciami i przepisami, z których mogę zrobić prawie wszystko. No może nie pokuszę się o lody różane i kwiaty cukinii, ale z resztą dam radę!
Chlebek bananowy jest właściwie ciastem i to o doskonałym, delikatnym smaku i lekko wilgotnej konsystencji. Mój mąż był pewien, że Brunio rzuci się na niego. Myślał, że w cieście jest uwielbiany przez Brunia miód. A tu okazało się, że miodu nie ma w nim ani kropli i Brunio kawałek zjadł, ale bez wielkiego entuzjazmu. Pola natomiast to ciasto uwielbia. Szkoda, że jak zwykle Maks się wyłamał i nawet nie spróbował. No, ale to ciężki przypadek i trzeba nad nim długo pracować.
W każdym razie ciasto idealne jako weekendowy deser i robi się je chwilę.
Czasami trzeba dać w plastyce dziecku wolną rękę. Mnie jest ciężko, bo cały czas mam ochotę Bruniowi pomagać i muszę walczyć ze sobą. Wiem, że Brunio samodzielnie nie zrobi jeszcze dzieła sztuki, ale wszystkie niedociągnięcia będą zrekompensowane jego dumą z samodzielności.
W dziecięcej gazetce był konkurs plastyczny na maskę dla jakiegoś tam "Hero factory" Lego. Konkursu na pewno nie wygramy, ale zabawa była przednia. Brunio narysował, wyciął i pokolorował maskę całkowicie sam. A to ważne, bo działanie plastyczne było długie i dosyć trudne dla pięciolatka. Efekt też go zadowolił, więc sukces podwójny!
Nie wiem co o tym pomyśleliby producenci Lego, ale mnie się podoba!
piątek, 26 kwietnia 2013
Przepis 17 - sałatka z awokado
Sałatek robię całe mnóstwo, ale naprawdę dobrych dressingów znam tylko kilka. Do tej sałatki dodaję jeden z moich ulubionych w wersji tzw podstawowej. Ale najpierw sałatka:
- mix sałat z rukolą
- pomidorki koktajlowe
- cebula
- awokado
- ser typu feta ( ja użyłam ulubionego greckiego serka sałatkowego firmy "Turek", jest dużo delikatniejszy niż prawdziwa feta)
- pieprz
Wszystkie składniki kroję i dodaję do sałaty. Posypuję świeżo zmielonym pieprzem. Polewam zmieszanym sosem:
- oliwa z oliwek 1/3 szkl
- syrop z agawy ( parę łyżeczek)
- ocet jabłkowy ( kilka łyżeczek do smaku)
- łyżeczka musztardy dijon
Ten sos to wersja podstawowa i baza do innych, łączonych np. ze szczypiorkiem lub konfiturą pomarańczową. Polana nim sałatka nabiera niezwykłego smaku, nawet jeżeli jest uboga w dobre warzywa i składniki. Ponadto ocet jabłkowy to, okazało się, samo zdrowie, a szwagier mojego męża dodaje go nawet do omletów.
- mix sałat z rukolą
- pomidorki koktajlowe
- cebula
- awokado
- ser typu feta ( ja użyłam ulubionego greckiego serka sałatkowego firmy "Turek", jest dużo delikatniejszy niż prawdziwa feta)
- pieprz
Wszystkie składniki kroję i dodaję do sałaty. Posypuję świeżo zmielonym pieprzem. Polewam zmieszanym sosem:
- oliwa z oliwek 1/3 szkl
- syrop z agawy ( parę łyżeczek)
- ocet jabłkowy ( kilka łyżeczek do smaku)
- łyżeczka musztardy dijon
Ten sos to wersja podstawowa i baza do innych, łączonych np. ze szczypiorkiem lub konfiturą pomarańczową. Polana nim sałatka nabiera niezwykłego smaku, nawet jeżeli jest uboga w dobre warzywa i składniki. Ponadto ocet jabłkowy to, okazało się, samo zdrowie, a szwagier mojego męża dodaje go nawet do omletów.
Sałatka i paluszki
Jeżeli myślicie, że smak sałatki zależy od zawartych w niej składników, to jesteście w błędzie. Moim zdaniem cała tajemnica smaku tkwi w dressingu, czyli sosie do sałatki. Przekonałam się o tym już nieraz, jedząc pyszne warzywa polane wstrętnym sosem, lub zestaw nieszczególnych jarzyn z sosem doskonałym. Ja znam przepis na sos, który doda smaku każdej zieleninie i to na wiele sposobów.
Prawda jest taka, że Brunio sałatek nie tyka, podobnie jak starszaki. Pola ledwo, ledwo przekonała się do sałatki greckiej, skrupulatnie wyciągając z niej cebulę. We wszystkich innych moich sałatkach zawsze znajdzie coś jej zdaniem niezjadliwego. Ale nie przejmuję się tym, bo do sałatek trzeba dorosnąć.
Robię je więc dla siebie i mojego męża , czekając, aż dzieci kiedyś do nas dołączą. Nam też się coś dobrego od życia należy!
Ta sałatka była pyszna, ale nie skusiła żadnego z moich dzieci. Za to zabawa plastyczna w" paluszki ,"z naszej zaprzyjaźnionej książki, miała aż dwoje zwolenników. Wyjątkowo prosta, a jednocześnie pobudzająca wyobraźnię dziecka. Przy tym łatwa do zorganizowania. Wymaga tylko kartki papieru, farb, wody i ołówka, bądź flamastra. No i oczywiście paluszków, najlepiej własnych.
Odbijamy kolorowe palce ( wcześniej zamoczone w farbie) na kartce papieru. Potem dorysowujemy różne elementy ludzików. Tworzymy postaci wyjątkowe.
Pola i Brunio zrobili własną pracę. Jest niewątpliwie bardziej skomplikowana od mojej! Nie wiem o co dokładnie im " chodziło", ale widziałam, że Brunio bawi się świetnie. I to jest najważniejsze. Zresztą nie o efekt końcowy tu chodzi, ale o radochę w trakcie zabawy.
Wczoraj wylał "miód na moje serce" wołając: zróbmy coś plastycznego!
Muszę jednak popracować więcej nad Maksem. Ze wszystkich zajęć manualnych najbardziej ceni sobie PSP.
Naprawdę polecam!
Prawda jest taka, że Brunio sałatek nie tyka, podobnie jak starszaki. Pola ledwo, ledwo przekonała się do sałatki greckiej, skrupulatnie wyciągając z niej cebulę. We wszystkich innych moich sałatkach zawsze znajdzie coś jej zdaniem niezjadliwego. Ale nie przejmuję się tym, bo do sałatek trzeba dorosnąć.
Robię je więc dla siebie i mojego męża , czekając, aż dzieci kiedyś do nas dołączą. Nam też się coś dobrego od życia należy!
Ta sałatka była pyszna, ale nie skusiła żadnego z moich dzieci. Za to zabawa plastyczna w" paluszki ,"z naszej zaprzyjaźnionej książki, miała aż dwoje zwolenników. Wyjątkowo prosta, a jednocześnie pobudzająca wyobraźnię dziecka. Przy tym łatwa do zorganizowania. Wymaga tylko kartki papieru, farb, wody i ołówka, bądź flamastra. No i oczywiście paluszków, najlepiej własnych.

Odbijamy kolorowe palce ( wcześniej zamoczone w farbie) na kartce papieru. Potem dorysowujemy różne elementy ludzików. Tworzymy postaci wyjątkowe.
Pola i Brunio zrobili własną pracę. Jest niewątpliwie bardziej skomplikowana od mojej! Nie wiem o co dokładnie im " chodziło", ale widziałam, że Brunio bawi się świetnie. I to jest najważniejsze. Zresztą nie o efekt końcowy tu chodzi, ale o radochę w trakcie zabawy.
Wczoraj wylał "miód na moje serce" wołając: zróbmy coś plastycznego!
Muszę jednak popracować więcej nad Maksem. Ze wszystkich zajęć manualnych najbardziej ceni sobie PSP.
Naprawdę polecam!
Subskrybuj:
Posty (Atom)































